Pewne rzeczy wygłasza się praktycznie automatycznie i bez myślenia. A może jednak mają sens?
Jest takie grudniowe magiczne zaklęcie, przesuwające czas. Skutecznie odsuwające wszystkie zobowiązania, ustalające plany, tłumaczące w zasadzie wszystko. "Po świętach, kochaniutki, po świętach! Po świętach o tym pomyślimy, zrobimy, załatwimy...". To wspaniale działa, każdy to przyjmuje i szczerze wierzy, że to się tak naprawdę stanie. Z moich obserwacji wynika, że zaklęcie ma większą moc w grudniu niż przed Wielkanocą, ale wiosną też działa.
Do tego dochodzą życzenia. Mój Synek za bardzo dowcipne uznaje składanie ich w lapidarnej formie: nawzajem!!! Ale jak się dobrze zastanowić, to chyba właśnie o to chodzi w tym całym rytuale. Że to nie tylko błogosławieństwo w jedną stronę ale cała relacja. Bo przecież nie o zamaszyste całowanie powietrza za uszami.
Mi się z reguły życzenia sprawdzają. Może dlatego, że "szczęścia" przekładam nad "zdrowia", bo, jak ktoś przytomnie zauważył, "na Titanicu w zasadzie wszyscy zdrowi byli..." Poza tym te "szczęścia" zawsze mi się sprawdzały. Różnych rzeczy mi w życiu brakowało, ale nigdy farta. "Ani za mądry, ani ładny, ani szczególnie zasłużony, ale skubaniutki miał szczęście!" - tak mi kiedyś na nagrobku napiszcie.
Więc farcik w życiu to podstawa.
Ale potem, przychodzi Nowy Rok i ta cała komedyjka z postanowieniami. Że zaraz po świętach (o, no właśnie, jeszcze mnie się te "po świętach" trzyma)... Na siłowni będzie cały tłum wieloletnich, skruszonych grzeszników z paragrafu "nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu" oraz weteranów siedzenia dupą na kanapie - ale już zaraz po Trzech Królach będzie coraz luźniej, w lutym frekwencja wróci do normy. Mi się w zasadzie nigdy też nie udało nic skokowo zmienić, choć byłoby warto.
Ale w tym roku wymyśliłem, że może się uda, jeśli ja to po prostu głośno powiem. Że wydarzy się magia i skoro coś głośno wybrzmiało, cała okolica to słyszała, to się wydarzy. Może chociażby dlatego, że będą wokół ludzie, którzy o realizację będą dopytywać.
Po pierwsze primo: skończę i wydrukuję dwie książki. Jedną o Radzyniu, drugą o pewnym starszym panu.
Po drugie primo: Florencjo, advenio! Przybywam!
Po trzecie primo: jeszcze raz na Mięguszowiecki... I na Orlą. Bo przecież człowiek nie coraz młodszy.
Po czwarte primo: w grudniu 2026 będę ważył mniej niż 90 kg.
Oj, na koniec to przegiąłem...
Zbigniew Smółko
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.