Nasz rozmówca łączy pochłaniający tysiące kilometrów trening z pracą zawodową, życiem rodzinnym i pisaniem doktoratu. To jednak nie tylko sportowiec, ale i prawdziwy romantyk szosy. Z pasją ratuje od zapomnienia historię lokalnych Ludowych Zespołów Sportowych i kolekcjonuje unikatowe rowery.
Panie Arturze, zacznijmy od momentu tuż po przekroczeniu linii mety. Kiedy już Pan wiedział, że obronił tytuł, jakie emocje wzięły górę? Z boku wygląda to na czystą euforię.
Z boku może tak to wygląda, ale prawda jest dużo bardziej brutalna. Kiedy kończy się wyścig na czas, człowiek jest po prostu potwornie zmęczony i przez długi czas kompletnie nieobecny. Gdyby zobaczył Pan moje zdjęcie zrobione tuż po zjeździe z trasy, nie byłby to miły obrazek. Pot zalewający oczy, zaschnięta ślina na twarzy – wysiłek jest niebywały.
Żeby to zobrazować: średnie tętno z całego, trwającego ponad godzinę wyścigu o Mistrzostwo Polski w ubiegłym sezonie wynosiło u mnie 167 uderzeń na minutę, w tym zeszło do 161. Rzadko który wyczynowy sportowiec, choćby piłkarz, potrafiłby przebiec półtora meczu z takim obciążeniem. Zwycięstwo, które przychodzi na końcu, to oczywiście ogromna radość, ale przede wszystkim ukoronowanie wielomiesięcznych, tytanicznych przygotowań.
Jak wyglądają takie przygotowania od kuchni? Ile kilometrów trzeba przejechać, żeby sięgnąć po złoto?
Do sezonu zaczynam się przygotowywać już w listopadzie. To są tysiące przejechanych kilometrów i mnóstwo wyrzeczeń. Średnio w tygodniu pokonuję ponad 300 kilometrów, co daje około 1200 kilometrów miesięcznie. Bardzo ważne są zgrupowania. W lutym tego roku pojechaliśmy do Hiszpanii, gdzie przez 7 dni pokonaliśmy około 1000 kilometrów. Niestety, pogoda była niezwykle kapryśna. Nie dość, że padało, to wiał wiatr z prędkością 50-70 km/h. Momentami trudno było w ogóle utrzymać się na rowerze. Kolejne zgrupowanie miałem przed Wielkanocą – tam zrobiliśmy z kolei aż 10 tysięcy metrów przewyższeń w górach.
Zimą w Polsce warunki bywają bezlitosne. Jak sobie Pan z tym radził kiedyś, a jak radzi sobie dzisiaj?
Kiedyś zimy były dużo sroższe. W czasach mojej młodości na trening nie wyjeżdżało się dopiero wtedy, gdy mróz przekraczał minus 10 stopni. Nie mieliśmy dzisiejszych materiałów – goreteksów czy windstopperów. Jeździliśmy w ubraniach wełnianych, a twarz smarowaliśmy wazeliną, żeby jej nie odmrozić, choć i tak nieraz wracaliśmy ze srogimi odmrożeniami. Dzisiaj mam odzież termiczną z membranami, ale jeśli na zewnątrz jest lód i śnieg, trenuję pod dachem. Mam w biurze trenażer. Praca pozwala mi na to, by w pewnym momencie powiedzieć: „dobra, odkładam papiery", po czym wsiadam na rower i trenuję.
Wspomniał Pan, że maksymalna prędkość na trasie wyścigu wyniosła 68 km/h, a średnia 46 km/h. To niewyobrażalne dla amatora. Ale jak to się ma do prawdziwych zawodowców? Miał Pan okazję startować z dawnymi gwiazdami peletonu.
To zupełnie inna liga, tych światów nie da się porównać. Na Mistrzostwach Świata spotyka się byłych zawodowców, z którymi bardzo trudno wygrać, bo ich organizmy i układ nerwowy przez lata przyjmowały zupełnie inne bodźce i dawki treningowe. Doskonałym przykładem jest słynny włoski sprinter Mario Cipollini- jeden z jajlepszych sprinterem Tour de France. Na Mistrzostwach Świata w Danii na dystansie 38 kilometrów, przegrałem z nim o 4 minuty. To gigantyczna różnica, chociaż ja wówczas nie jechałem wtedy mojego wyścigu docelowego.
Z czego wynika aż tak wielka przepaść?
Ze sposobu treningu, szkolenia, regeneracji i trybu życia. Zawsze powtarzam, że nie ma nadludzi. Kwestia polega na technologii. Profesjonalista żyje kolarstwem. Po wyścigu zsiada z roweru, od razu podają mu odpowiednie napoje, jest zaopiekowany przez opiekę drużyny, przewożony do hotelu, idzie na masaż, wkłada nogi do specjalnych basenów chłodzących i przechodzi inne zabiegi regeneracyjne. Jego głównym zadaniem po treningu lub wtscigu jest odpoczynek. Ja, podobnie jak inni amatorzy z grupy masters, muszę na co dzień radzić sobie ze stresem zawodowym. Zdarzało się, że stawałem na starcie po ciężkim dniu, a moje tętno już przed rozpoczęciem wyścigu wynosiło 120, bo byłem mentalnie „przegrzany". Tego nie da się oszukać.
Dlaczego w młodości przerwał Pan wyczynowe treningi, skoro zapowiadał się Pan na tak dobrego zawodnika?
W czasach PRL-u, jeśli kończyło się liceum i nie szło na studia, perspektywy były brutalne. Miałeś 19 lat, przechodziłeś do pierwszego roku seniorów i jeśli nie miałeś spektakularnych wyników pozwalających wejść do kadry narodowej lub silnych wojskowych klubów sportowych, takich jak Legia Warszawa, szedłeś na dwa lata do wojska – w kamasze i konczyla się kariera kolarza. Wielu znakomitym talentom kolarskim w Polsce ta zasada zniszczyła kariery. Zdecydowałem się pójść na studia, co de facto oznaczało koniec poważnego ścigania, bo nie dało się z tego wyżyć. Pamiętam, że jedynymi nagrodami za zwycięstwa w juniorach były wtedy papierowy dyplom i gliniany dzbanuszek.
Mimo to kolarstwo było wtedy potęgą...
To były złote czasy Ryszarda Szurkowskiego. Wszędzie powstawały kluby – w Lublinie, Puławach, Międzyrzecu, Radzyniu. Kolarstwo to zawsze był sport małych miejscowości. Nie trzeba budować potężnych hal czy basenów. Wystarczy kupić kilka rowerów, znaleźć trenera i można szkolić młodzież. Ja do dziś cenię to, że wsiadam na rower, wyjeżdżam za bramę i od razu zaczynam trening, nie musząc przedzierać się przez wielkie miasto.
Na co dzień trenuje Pan na nowoczesnym, karbonowym Cervelo. Ale w Pana kolekcji widać zupełnie inne maszyny. Ile kosztowały te cuda w czasach Pańskiej młodości?
To powrót do czasów młodości. Dzisiejsze rowery są produkowane seryjnie, brakuje im duszy. Kiedyś ramy lutowano mosiądzem z cienkościennych, angielskich rur. Były tak precyzyjne, że dziś wystarczy przetrzeć osprzęt szmatką i znów lśni jak nowy. Co do cen – dla porównania: popularny składak Wigry kosztował wtedy 2600 zł. Dobry polski rower wyczynowy to był wydatek prawie 20 tysięcy złotych.
A ten zielony Romet Super, najprawdziwsza perełka na włoskim osprzęcie Campagnolo, robiona specjalnie dla kadry narodowej (powstawało ich tylko 60 rocznie!), kosztowała w tamtych czasach 120 tysięcy złotych! Wyobraźmy to sobie, podczas gdy mój ojciec kupił wtedy lekko używaną Syrenę za 103 tysiące złotych, a przeciętna pensja wynosiła równowartość około 20 dolarów. Spawacze, którzy robili te ramy dla reprezentacji, podobno mieli zakaz wyjazdu z Polski, żeby nie uciekli z fachową wiedzą na Zachód.
Wyszukuje je Pan teraz na aukcjach?
Tak, głównie w internecie. Rozstrzał cenowy jest ogromny. Najdroższy retro rower w mojej kolekcji kosztował blisko 3 tysiące euro. Z kolei maszynę, na której pojechałem wyścig retro zaledwie tydzień temu, wylicytowałem za... 180 euro. Widocznie nikomu akurat na niej nie zależało, a to piękny i w pełni sprawny sprzęt.
Na stole przed Panem leży stary, wyblakły zeszyt. Co to takiego?
To oryginalna kronika Ludowych Zespołów Sportowych, prowadzona niczym stary notatnik akademicki. Przyniósł mi ją kolega. Znajdują się w niej wycinki z gazet, odręczne wpisy, pożółkłe fotografie. Kiedy zacząłem ją przeglądać, byłem w szoku. Znalazłem w niej na przykład informacje o panu Andrzeju Zgrajce z Radzynia, mieszkal obok kościoła i którego osobiście znałem, a który trenował kolarstwo i podnoszenie ciężarów, a nigdy wcześniej o tym nie słyszałem. Zafascynowało mnie też to, że mieliśmy tu prężnie działającą kobiecą sekcję kolarską! Dowiedziałem się na przykład, że pani Ania Komar ścigała się w tej sekcji na rowerze, w tym nawet z kolarkami z kadry Litwy, a także na motocyklach.
Chcę wydać tę kronikę w formie książki. Połowę zajmą cyfrowe skany oryginału, a drugą połowę wspomnienia, które właśnie zbieram. Mam też niezwykłe notatki pana Aleksandra Mroza, jednego z najlepszych lokalnych kolarzy. Pisał on o sporcie pismem technicznym, z inżynieryjną dokładnością, co robi ogromne wrażenie.
Czyli to również apel do naszych czytelników?
Jak najbardziej. Jeśli macie Państwo na strychach stare dyplomy, zdjęcia, proporczyki związane z LZS-ami, proszę o kontakt. Wielu świadków tamtych dni już odeszło. Chciałbym złapać te „ostatnie głosy" siedemdziesięcio- czy osiemdziesięciolatków. Ci ludzie potrafili się kiedyś niesamowicie zjednoczyć wokół sportu. Warto to upamiętnić.
Kolarstwo szosowe to pięknym, ale niebezpieczny sport. Czego nauczyły Pana wypadki?
Że z wiekiem człowiek traci elastyczność i lepiej się nie przewracać. Miałem w życiu kilka ciężkich zdarzeń. Jeszcze jako junior, z powodu słabego sprzętu i rozciągniętego łańcucha, zerwałem napęd na finiszu. Przeleciałem przez kierownicę i upadłem na asfalt tak niefortunnie, że materiał sztucznego stroju kolarskiego dosłownie wtopił mi się w ciało. Wybiłem wtedy łokieć ze stawu. Gdybym uderzył głową, nie rozmawialibyśmy dziś. Innym razem, kilka lat temu na wyścigu w Toruniu, uderzyłem mocno w bark. Przez trzy miesiące nie mogłem samodzielnie umyć ręki.
Czy rodzina nie martwi się o Pana podczas startów? Trudno było pogodzić dom z kalendarzem startowym?
Jeszcze kilka lat temu zaliczałem po 24 wyścigi w sezonie. Po pracy jechałem na trening, a w każdy weekend znikałem na wyścigi. Rodzina na tym cierpiała, konflikty były nieuniknione. Znalazłem jednak złoty środek. Wciągnąłem żonę w rowerową pasję. Najpierw jeździła po to, by pozwiedzać, a dziś sama zakłada numer startowy i się ściga! Dzięki temu jeździmy razem. Dodatkowo zmieniłem tryb treningowy– na treningi jeżdżę przed południem. Gdy żona wraca z pracy, jesteśmy razem i mamy czas dla siebie. To jest właśnie ten konsensus.
Plany na przyszłość?
Cele sportowe się nie zmieniają – zawsze dążyc, by być najlepszy. Natomiast priorytetem życiowym jest teraz sfinalizowanie doktoratu. Piszę pracę z zakresu ekonomiki produkcji mleka bio. Zadeklarowałem sobie, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat ją obronię. I tego się trzymam.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.