Niestety, obowiązujące aktualnie w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej prawo nie ułatwia mieszkańcom bezpośredniego zabierania głosu w sprawach lokalnych, w szczególności odwołania burmistrza.
Problemy są trzy. Po pierwsze: w ciągu 60 dni należy zebrać 1158 podpisów od Radzynian, czyli 10% ogółu uprawnionych do głosowania. Po drugie: trzeba przeskoczyć próg frekwencji, czyli namówić 4097 mieszkańców do pójścia na referendum. To zaledwie 60 proc. uczestników drugiej tury wyborów na burmistrza. I po trzecie, w sumie najważniejsze: należy to referendum wygrać.
Już pierwszy podniesiony przeze mnie problem potrafi położyć na łopatki wielu organizujących referenda. Myślę, że i u nas byłoby podobnie. Prawdziwym sprawdzianem jednak byłaby frekwencja. Jak państwo, opozycjoniści, wyobrażacie sobie namówić ponad cztery tysiące Radzynian do pójścia do urn? Całkiem niedawno potrafiliście tylko połowę z tej liczby przekonać do oddania kresek na Jerzego Rębka. 2156 głosów.
Ale jeśli chcecie się spektakularnie podłożyć, to droga wolna. Na waszym miejscu stawiałbym jednak na działania pozytywne i pozytywistyczne. Przypomnijcie sobie jak Kuba cztery lata gryzł trawę by zyskać głosy 65 proc. mieszkańców.
Na koniec jeszcze jedna statystyka. W naszym kraju jedynie 12 proc. referendów odwoławczych jest ważnych, czyli mobilizuje wystarczającą, opisaną wyżej liczbę wyborców. Tyle. Radosław Grudzień
Zobacz również: (Felietony innych autorów)
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.