ROZWINIĘCIE AKCJI
Powoli w stronę gmachu magistrackiego zmierzają dyrektorzy jednostek podległych miastu. Pierwszy kroczy w rozpiętej marynarce Lucjan Kotwica – największy beneficjent zmian i pochwalca Włodarza, za nim uśmiechnięta pięknie kontrastowo szczuplutka dyrektorka Radzyńskiego Ośrodka Kultury Marta Sidorowicz razem z intelektualnie zadumaną świeżo przeszkoloną szefową Miejskiej Biblioteki Ewą Dąbrowską – obydwie pozytywnie natchnione, wręcz przepełnione optymizmem. Entuzjazmu nie kryje pod tajemniczo skrywanym obliczem ciągle młoda Renata Sieromska, szefowa "Jedynki", wszak ostała się na stanowisku mimo silnych dziejów wiatrów. Przybieżeli pozostali dyrektorzy – przedszkoli, MOPS-u z nominatką Jakubowskiego Barbarą Żurakowską-Furman, PEC-u ze starawym, ale krewkim jeszcze Jerzym Woźniakiem, PUK-u ze słynącym z comebacków i zasłużonym Mirosławem Kułakiem, Domu Dziennego Samopomocy z urodziwą Beatą Ratajczyk, ZGL-u z mniej znanym autorowi Tomaszem Piotrowiczem, PKS-u z wiernym kolejnym ekipom Adamem Frączkiem. Wszyscy już od progu składają hołd należny Włodarzowi, niczym królowi jakiemu. Śpiewają, a melodię z łatwością podchwycił stary belfer z harmoszką, bo łatwa i w ucho wpadająca:
Anioł Mieszkańcom mówił: Włodarz się Wam narodził, w Radzyniu, nie bardzo wielkim mieście. Nie chce chodzić w ubóstwie, Pan wszego imienia.
Chcąc czcić wielce nam tego szefa uśmiechniętego
bieżeli do urzędu skwapliwie,
znaleźli go przy żłobie, z Bożeną, z Marzeną.
(Tą, co niesie biura plecak, a nazywa się tak: Piecak)
Taki Pan ch(w)ały wielkiej nachylił się z wysoka,
pałacu kosztownego żadnego
nie miał zbudowanego, ze Świerżów dojeżdża!
Goście, zarówno zaproszeni, jak i zmuszeni, zbierają się w sali konferencyjnej urzędu miejskiego wokół gustownie przybranej choinki, na której dyndają bez nijakiej powagi figury członków poprzedniej ekipy rządzącej miastem z największą karykaturą Jerzego Rębka i trochę mniejszą byłego rekordowo wieloletniego przewodniczącego samorządu słynnego z pielgrzymich szlaków Adama Adamskiego, którego czegoś smutna twarz rzuca się w oczy.
Przy choince w stosownym ordynku stoją już gotowi na wszystko radni obecnej kadencji, w przeważającej ilości – młodziankowie, ale i dojrzalsze oblicza dają się zauważyć. Czekają na znak dany przez szefa, by przystąpić do wspólnej pieśni chwalącej ogólnie wszystko, ale szczególnie Włodarza, bo jemu oni kariery swe błyskotliwe zawdzięczają. Przybieżeli niczym do stajenki pasterze: jowialny przewodniczący Mariusz Szczygieł, jego zastępczyni pełna uroku Klaudia Szczygielska, drugi – grzecznościowy i anegdotyczny raczej wice-, Izydor Długosz, ozdobnie piękne: Joanna Tober, Agnieszka Kowalczyk, Olga Król, Natalia Granoszewska, Iwona Niebrzegowska-Kuchnia, Anna Matczak, przystojni Michał Marciniuk, Piotr Daszczuk i Sławomir Zdunek, oraz przystojny od dawna Marek Paszkowski. Cała szczęśliwa "Trzynastka" – by nie nawiązywać to tytułu znanego skądinąd filmu, o której więcej niż, że piękni i przystojni napisać coś jest niemożliwym.
Między zebranymi wywiązała się krótka rozmowa treści następującej.
- Kto to tam rzępoli na cyi? – spytał lekko zmieszany i poirytowany Michał Marciniuk, (syn byłego dyrektora "Jedynki").
- Może by go zaprosić do środka, zmarznięty jakiś i siny – dodała Aśka Tober, wcześniej Pieńkowska, ale przecież to Hawrylukówna z domu.
- E tam, niech lepiej idzie do domu i ludziom dupy nie zwraca – odparł nieco poirytowany któryś ze starszych emisariuszy społeczeństwa lokalnego, na co Szczygieł – przewodniczący – odrzekł – wpuśćmy go, przecież to nasz "pan od polskiego". I tym sposobem podstarzały grajek miał okazję przekąsić tego dnia coś ciepłego, a deputaci narodu – wypełnić przykazanie tradycji – ugościć zbłąkanego wędrowca, o którym mawiają, że on nie jada, tylko zakąsza. Razem więc, choć niezupełnie niefałszywie wybrzmiała pieśń w charakterze swym hymniczna i panegiryczna zarazem:
Dzisiaj w Radzyniu, mieście nad Białką wesoła nowina,
że czas sukcesów, wielkich osiągnięć właśnie się zaczyna!
Nowe się rodzi, trzeba posłodzić, radni śpiewają, cud ogłaszają,
wyborcy śpiewają, chociaż nie klękają, dobre wieści powtarzają.
Dziś każda panna, niczym dziewanna nową wieść piastuje,
chociaż redaktor złego portalu ciągle wszystko psuje.
Dziś wybaczamy, jutro oddamy, wróci karma złota.
Nie będzie psuła nam tu koncepcji przegrana hołota!
Chociaż nie wszystko zbyt doskonale czasem nam wychodzi,
godniśmy z fałszu, kłamstwa, obłudy ludzi oswobodzić.
Trzej nasi ludzie niczym królowie z powiatu przybyli
i obietnicę dobrej współpracy na stół położyli.
To Niebrzegowski i Stephan z Mroczkiem sypną w oczy piaskiem
każdemu, co chce psuć nam robotę – podeprą się Kwaskiem.
Tak to współpraca wszystkim popłaca, a sojusze krzepią.
Bo nie są święci, a świat się kręci ci, co garnki lepią.
Pójdźmy więc wszyscy, policzmy zyski, nie patrzmy na straty.
Przy wspólnej radzie, nie w ciągłej zwadzie nie będziemy pękać.
A przeciwnicy zmilkną na zawsze, zaczną grzecznie stękać,
bo pamiętają, kolędę znają, że bydło ma klękać.
I snuła się ta pieśń pojednania i pokoju, i chwały, a łacińskie Gloria in excelsis Deo długo jeszcze pobrzmiewało nad urzędem, po czym wszyscy posnęli snem sprawiedliwych, ululani ciepłem jadła i napitku, który nie okazał się obojętnym na sfery duchowe organizmu nienawykłego do środków chemicznych zmieniających świadomość, ale to dobrze, bo na trzeźwo rzeczywistości tej pojąć nie idzie i nikt z rozumnych nie podejmie się tego dokonać. Nie spał tylko stary grajek i pod nosem nucił sobie piosnkę nową, coś na kształt kolędy lokalnej, niespecjalnie chrześcijańskiej, ale za to chrześcijańskim przesłaniem.
EPILOG – KOLĘDA RADZYŃSKA
Noc nad Białką betlejemska wstaje,
zakręcił się jelonek z pałacowej wieży.
Gdy się idzie nad rzeką,
trochę się wydaje,
jakby w moc tej nocy jeleń ów uwierzył.
Zadzwoniły dzwony z dzwonnicy Fontany
i zachwiała się lekko kościelna wieżyczka.
Noc niezwykła,
kiedy wszystkie plany w nos wymierzą malkontentom prztyczka.
O zgodzie i jedności dzwoniły te dzwony,
o tym, żeby lubić się nie tylko tej nocy.
I choć słyszeć się dały i fałszywe tony,
to wiadomo było, że mają dość mocy.
Dość siły, byśmy siebie szanowali wzajem
i lubili się trochę mimo różnic wielu.
Byśmy zaufać mogli, i szczęście wziąć w najem.
I nie tylko tej nocy wołać: Przyjacielu!
I nie szukać w tym mieście królewskim lewaka.
I prawaka tak samo nie tykać palcami.
Ale by panowała w mieście zgoda taka,
jak na niebie pomiędzy śpiącymi gwiazdami.
I rozśpiewał się pomnik Lipińskiego głosem,
że go te nasze sprawy i smucą, i cieszą,
aż zaśmiała się głucho nad mieszkaniowców losem
stojąca nieopodal kobieta z pepeszą.
A wrona Konstytucji wzniosła się do lotu
i skrzydła rozpostarła jak baldachim jaki.
Zachwiało się Starostwo od płotu do płotu,
bo nie co dzień się wznoszą tym sposobem ptaki.
Śpij Radzyniu i niech cię lepsze jutro czeka.
I niech nikt dzisiaj nie zostanie winny,
i choćby ktoś tu przybył piechotą,
z daleka, niech mu miasto nad Białką będzie dziś gościnnym.
Andrzej Kotyła
Zobacz rónież CZĘŚĆ PIERWSZĄ
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.