Jeszcze raz potwierdziła się żelazna zasada, że wszystkie błędy na okładkach gazet i stronach tytułowych książek dostrzegalne są dopiero po wydrukowaniu i ani sekundy wcześniej. Tym razem też rzeczony tytuł przeszedł przez jeszcze trzy pary oczu... To tak działa: zero szans, żeby ktokolwiek poprawił.
Pamiętam swoją pierwszą redakcję. Jako stażysta w nudny niedzielny poranek siedziałem w newsroomie i czekałem na cokolwiek ciekawego. No i przyszło: na polowaniu, bodajże pod Kielcami, postrzelono gościa, żeby było ciekawiej, chyba jakiegoś dyrektora, czy kogoś tam innego ważnego... Sprawca tłumaczył klasycznie, że mylnie wziął poszkodowanego za dzika. Zredagowałem piękną, zgodną z zasadami sztuki notkę, ale - diabeł podkusił... - dodałem zdanie, że do wyjaśnienia pozostaje, czy przypadkiem przez dwa lata mylnie dzika nie brano za dyrektora poważnej instytucji. Przecież to jeszcze potem kilku dziennikarzy przeczyta, zanim się ukaże, ja jestem tylko stażystą, prawda...? Przeczytali, ukazało się, wyleciałem z roboty na zbity pysk.
W samorządzie to w ogóle jest strach próbować błysnąć jakimś tekstem. W zasadzie to nawet chyba kariery nie robi się, rzucając dobry żarcik w odpowiednim momencie, tylko w odpowiednim momencie powstrzymując się od rzucenia dobrego żarciku. Ja nigdy nie potrafiłem, podziwiam tych, co potrafią. Więc jest, jak jest. Zawsze ktoś się obrazi, bo ludzie z dystansem do siebie w tej branży to rzadkość.
Sam też kilka razy doświadczyłem, że rzecz wypowiedziana jako durnowaty bon mot po kilku tygodniach wracała jako czyjś pomysł.
W sumie bliskość Prima Aprilisa też nie ratuje. Kiedyś mój kolega napisał w Kurierze Lubelskim, że lubelski oddział Instytutu Pamięci Narodowej nie ma gdzie magazynować akt i te dotyczące Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego sprzeda na wagę. W dniu publikacji akurat towarzyszyłem Autorowi. Co tam się działo! W ciągu godziny dwadzieścia telefonów. Propozycje handlowe i korupcyjne, groźby pozwów, telefony od profesury i duchowieństwa, jakiś ewidentnie zezowaty umysłowo prokurator, zdaje się nawet, że jakieś magnificencje...
Inne fajne numery, w które ludzikowie pięknie uwierzyli: zmiana herbu Lublina z koziołka na susła perełkowanego, który wtedy bił rekordy popularności, bo utrudniał powstanie lotniska w Świdniku, przyjęcie - żeby było łatwiej - że w województwie lubelskim wartość "Pi" będzie równało się dokładnie 3. Wszystko "wchodziło". Aż strach. Bo dzwonili ludzie i mówili: A w sumie, dlaczego by nie???
Do tej pory mam żal, że jeden naczelny nie puścił mi informacji, że ksiądz biskup zarządził, żeby w trakcie obrzędu małżeństwa na kluczowe pytanie, "czy bierzesz za męża/żonę?" odpowiadać się będzie: "owszem"...
Potem przyszła posucha, bo w 2005 roku zmarł Papież i przez kilka lat wydania w okolicach 2 kwietnia były dość specyficzne. A potem było już tylko trudniej. Weź, redaguj gazetę o polityce międzynarodowej i przebij codzienną działalność Donalda Trumpa... Choć i na lokalnym rynku paru niezłych ananasów jest.
Zbigniew Smółko
Zobacz również: Felietony innych autorów
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.