Pani Zofia była cenioną pedagog, osobą o wielkiej wiedzy, która potrafiła dzielić się nie tylko z uczniami. Stworzony przez Nią dom był miejscem wartościowych spotkań i interesujących rozmów. Wraz z całą rodziną często, zdarzało się, że niesłychanie dyskretnie, inspirowali wydarzenia, które potem rozwijały się w wielkie historie - ot, choćby cały potężny Jarmark w Holi zaczął się od "rodzinnego" pleneru malarskiego Leszczyńskich i kilku przyjaciół... Ta niezwykła skromność, skłonność do trzymania się pół kroku dalej niż wskazywałby na to naturalny porządek, pewnie nieco utrudniły odpowiednie docenienie w odpowiednim czasie.
Kilka tygodni temu pisałem w tym miejscu o dość wyjątkowej wystawie, którą wtedy można było zobaczyć w Pałacu Potockich, Pan Marek Leszczyński przez kilkadziesiąt lat malował regularnie portrety swojej Żony. Cudowna opowieść o miłości, uważności, bliskości. Rzeczy tak piękne, tak swoiście czułe i delikatne, biorą się z emocji i relacji. Z delikatności. O właśnie. To chyba to słowo.
Bo swoją własną najciekawszą formę i tworzywo ekspresji Pani Zofia odnalazła, malując na jedwabiu ptaki. Ja już nie wiem, kto pierwszy powiedział o tych ptaszkach, że to taka "biżuteria Pana Boga". Rzeczywiście wszystko to wymagało chyba zupełnie jubilerskiego warsztatu. Ale przede wszystkim otwartości i swoistej czułości wobec świata. Bardzo dużo w tym było afirmacji życia, urody stworzenia. Kiedy święty Franciszek gaworzył z tymi swoimi wróblami musiał je widzieć jakoś podobnie, jak Pani Zosia.
Biedniejsi jesteśmy.
Zbigniew Smółko
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.